Dlaczego reforma sklepików szkolnych nic nie zmieni

child-830988_1920

Wchodząc do losowo wybranej szkoły nie trudno jest zauważyć dzieciaki z nadwagą. I to wcale nie jedno, dwa, a całkiem sporą gromadkę. Pani premier postanowiła walczyć z tym zjawiskiem i obiecała dzieciom, że nie pozwoli wyrosnąć im na „grubaski”. Jak to zrobiła? Niestety, bardzo nieudolnie….

Wraz z 1 września w myśl nowej ustawy ze sklepików szkolnych zniknęły chipsy, drożdżówki, słodkie batony, soki, gazowane napoje i inne śmieciowe jedzenie. Żelki, lizaki, gumy i inne przysmaki musiały ustąpić miejsca zdrowej żywności. W teorii wszystko brzmi pięknie, a w praktyce sklepiki szkolne świecą pustką, albo z powodu braku asortymentu, albo dzieci, które zwyczajnie nie chcą kupować zdrowych produktów.

Edukacja żywieniowa
Zastanawiam się czy ktoś kto wymyślił tą ustawę był naprawdę na tyle głupi, że wierzył w jej realne działanie? Chipsy, czy drożdżówka ze sklepiku to tak naprawdę jeden z kilku posiłków, które dziecko zjada w ciągu dnia. Cała reszta to te, które serwują im rodzice i to oni zdecydowanie są odpowiedzialni za nadwagę ich pociech. Jeśli w domu jest przyzwolenie na jedzenie słodyczy i fast foodów, to nie ma cudów, zdrowe jedzenie w sklepikach szkolnych nic nie zmieni.

Dużo lepszym pomysłem byłoby edukowanie rodziców i to najlepiej praktyczne. Warsztaty kulinarne ze zdrowego gotowania np. raz w miesiącu byłyby świetnym pomysłem na spędzenie czasu dzieci z rodzicami i stopniowe wprowadzanie zdrowych nawyków. Ponadto krótkie prelekcje dietetyków np. pod koniec wywiadówki z praktycznymi wskazówkami jak zdrowiej jeść bez szkody dla portfela i przy małej ilości czasu (bo to najczęstsze wymówki).

Zakazany owoc
Człowiek z natury jest taką istotą, że jak coś jest zakazane to go do tego jeszcze bardziej ciągnie. Wprowadzając zakaz na niezdrową żywność w szkołach możemy osiągnąć dokładnie odwrotny skutek- dzieci zamiast mniej będą częściej sięgać po śmieciowe jedzenie, a właściciele okolicznych spożywczaków tylko zacierają ręce.

Obiady w szkołach
Gdyby tak pójść o krok dalej i zamiast tylko zakazywać dać coś w zamian? W szkole nieraz dzieci spędzają 5-7 godzin. W tym czasie sama kanapka i woda nie wystarczają- ciepły obiad zdecydowanie lepiej zaspakaja głód i pomaga przetrwać w szkole. Smaczne i zdrowe obiady, które byłyby dofinansowane dla dzieci z biedniejszych lub wielodzietnych rodzin mogą przynieść realne, pozytywne zmiany!

Oczywiście również jestem za tym, żeby ze szkół zniknęło niezdrowe jedzenie. Jednak nie powinien być to jedyny sposób na walkę z falą otyłości wśród dzieci i młodzieży! Tak gwałtowna zmiana wywołała tylko oburzenie i złość wśród rodziców i dzieci, a nawet nauczycieli. Nawyki żywieniowe wynosimy z domu i to tutaj właśnie trzeba zacząć wprowadzać zmiany! A Wy co sądzicie o reformie sklepików?